WPHUB. turystyka. + 3. oprac. Sylwia Król. 18-04-2023 08:36. "Łamanie ducha" i praca ponad siły. Okrutna prawda o jednej z najpopularniejszych atrakcji w Tajlandii. Wielu osobom wakacje w Azji nadal kojarzą się z przejażdżką na słoniu.
wycieczki morskie na sąsiednie wyspy; wycieczki lądowe do dżungli; jazda na słoniu. Jedną z istotnych wad Ao Nang są wysokie ceny. Nawet w mobilnych kuchniach naczynia mają nie mniej niż 150 bahtów. Tajowie często oszukują kupujących, więc turyści powinni być ostrożni.
Tajlandia to jeden z najczęściej odwiedzanych krajów świata. Słynie z pięknych piaszczystych plaż, przejrzystych wód i przepysznej kuchni. Znajduje się tutaj mnóstwo buddyjskich świątyń i posągów. Tajlandzka stolica – Bangkok – nigdy nie zasypia. Nie wszyscy jednak wiedzą, że na krajobraz Tajlandii składają się też bujne zielone lasy i małe sielskie miasteczka, w
Jednym z takich etycznie prowadzonych sanktuariów dla słoni na Koh Lancie jest Lanta Elephant Sanctuary. Miejsce jest kameralne, przebywają w nim obecnie 3 słonice: Dookdik, Mali i Srisook. Rezerwat otwarty jest codzienne, można skorzystać z trzech programów. Najkrótsza opcja kosztuje 1800 bth (ok. 235 pln), najdroższa i najdłuższa
. Ostatnio zobaczyłam zdjęcie koleżanki, która stoi na rajskiej plaży, a na rękach trzyma małpkę na łańcuchu. Inni znajomi właśnie wrócili z Egiptu, gdzie zachwyceni jeździli na wielbłądach. Co jakiś czas czytam posty z zapytaniem, gdzie w Tajlandii możliwa jest jazda na słoniu? Całkiem niedawno będąc na Filipinach siedzieliśmy w pięknej knajpce na plaży zajadając się czym kto lubi. Dwa stoliki przed nami starszy pan (Amerykanin lub Australijczyk) uderzył bezpańskiego psa, bo ten prosił o jedzenie. Wojtek nie wytrzymał i podszedł do mężczyzny. Starszy pan i jego małżonka byli zbulwersowani tym, że śmieliśmy im zwrócić uwagę. Czy my naprawdę jesteśmy tacy bezduszni? Czy jadąc na koniec świata najważniejszą atrakcją jest jazda na słoniu? Czy w wakacyjnym szale gubimy empatię i szacunek do zwierząt? Foto: Reuters Dokładnie rok temu byliśmy w Tajlandii w Ao Nang. Nasza nowa koleżanka wykupiła całodzienną wycieczkę, w której była jazda na słoniu. Opowiedzieliśmy jej o tym, co wiemy na ten temat. Wysłuchała i stwierdziła, że skoro już zapłaciła to trochę żal jej nie skorzystać i pojechała. Umówiliśmy się z nią w tym „ośrodku”, który zgodnie z zapewnieniami organizatorów miał dobrze traktować zwierzęta. Koleżanka zadowolona wsiadła na swojego słonia i wraz z przewodnikiem ruszyła na spacer po dżungli. Wróciła szybko… zsiadła z grzbietu zwierzęcia i powiedziała, że ma ogromnego kaca moralnego… że jadący z nią przewodnik, (chcąc się chyba popisać) nieustannie zadawał ból słoniowi, że już po kilku minutach chciała wracać i nigdy więcej nie chce już uczestniczyć w takiej „atrakcji”. Kilka lat temu znajomi byli na Sri Lance. Dostałam od nich filmy, na których widać było świat z grzbietu słonia, a później we wspaniałej scenerii zwierzęta były przez nich kąpane. Bajka… Myślałam o tym, jak bardzo im zazdroszczę i jak to musi być cudownie tak obcować z tym największym na świecie zwierzęciem. Nie widziałam w tym nic złego… dopóki nie zaczęłam o tym czytać. Dziękuję opatrzności, że na materiały o tresurze i łamaniu psychiki słoni przeczytałam przed wyjazdem na Sri Lankę. Do Tajlandii pojechałam już całkiem uświadomiona. Fot. East News O ŁAMANIU SŁONIOWEJ DUSZY SŁÓW KILKA Po phajaan, tak nazywa się metoda tresowania słoni. Dokładnie oznacza to właśnie: łamanie duszy. Z duszą to słowo nie ma nic wspólnego, to raczej synonim tortur. Słonie, a raczej jeszcze słoniątka są zamykane w małych klatkach, w których stoją, przewiązane linami i łańcuchami. Małego słonia trzeba złamać, najlepszą tego metodą jest ból. Bije się go do momentu, w którym przestanie się bronić. Wbija mu się gwoździe w stopy i uszy. Razi prądem, bije pałkami, straszy ogniem… mało? Im zwierze mocniej się broni, tym bardziej jest ranione… Do tresury używa się haków i paralizatorów. Do tego słoń nie ma dostępu do wody i jedzenia, w małej klatce nie jest w stanie się ruszyć, treserzy nie pozwalają też na to by spał. Maluchy są siłą odbierane matkom, te także w rękach człowieka będą pomału przekształcane w maszynkę do zarabiania pieniędzy. Jeżeli to przeżyją… bo słonica — matka niejednokrotnie umiera z tęsknoty za swoim dzieckiem. Trudne do wyobrażenia? Można to zobaczyć, ale ostrzegam, że film są drastyczne. Link 1 Thai Elephants Link 2 Breaking the spirit of the elephant Link 3 Elephant smuggling exposed: UK tourists fuel live elephant trade between Burma & Thailand Link 4 Elephant Torture Link 5 Elephant training abuse (AAA video) in English Człowiek – wybawiciel ? Po kilku tygodniach takiej tresury każdy słoń się podda. Wtedy w jego życiu pojawia się wybawiciel, człowiek, który nie brał udziału w tresurze. To on wyciąga słonia z klatki, daje mu jeść, otacza go opieką. A słoń zaczyna mu ufać… To czas, w którym można zacząć uczyć słonia wożenia na plecach turystów. No i oczywiście różnych sztuczek, które tak zachwycają białych ludzi. Każdy kolejny dzień nauki jest dla słonia jednocześnie dniem tortur. No ale kto by się nad tym zastanawiał, kiedy jedzie się po dżungli na grzbiecie tego lądowego olbrzyma. Po co psuć sobie wakacje…. JAZDA NA SŁONIU? NIE, DZIĘKUJĘ! Niech was nie zwiedzie dobry stan zwierzęcia i miły właściciel, który proponuje na nim jazdę. Zadbanie i brak widocznych ran na ciele słonia to jedynie znak, że człowiek dba o źródło swoich dochodów. Zwierze, które zostało złamane, jest nieustannie poddawane tresurze, a to znaczy, że za każde najmniejsze przewinienie jest ono karane. Nikt przecież nie będzie mordował zwierzęcia, dzięki któremu cała rodzina ma co jeść. Nie raz słyszałam, że słoń jest stworzony do wożenia turystów. Ty też w to wierzysz? To spróbuj wsiąść na wolno żyjącego słonia i wybrać się na przejażdżkę. Słonie, które po latach pracy dla człowieka chorują, są odprowadzane i pozostawiane w dżungli. To kolejny akt bestialstwa… nikt bowiem ich nie nauczył, jak mają żyć na wolności. Tajlandia. Przyjemna przejażdżka na słoniu? A jak to jest z tym dźwiganiem? Słoń może unieść na swoim grzbiecie ciężar do 150 kilogramów. W miejscu, gdzie mocowane jest krzesło dla turystów, kręgosłup słonia jest bardzo wrażliwy, kręgi są uwypuklone i narażony na uszkodzenia. Niejednokrotnie stelaż mocowany na plecach wraz z turystami to waga przekraczająca 200 kg. Szczęście mają te słonie, które dźwigają drewniane stelaże, te metalowe sprawiają dużo większy ból i szybciej uszkadzają kręgosłup. WIĘC GDZIE SPOTKAĆ SŁONIA? A co zrobić, kiedy naprawdę chcemy zobaczyć słonia? Na Sri Lance wystarczy odrobina szczęścia. Wolno żyjące słonie można spotkać w pobliżu dróg. Nasz przewodnik już pierwszego dnia stanął na poboczu i pokazał nam w oddali stado słoni. Pewniejszą opcją są parki narodowe. Tam trzeba mieć dużo szczęścia, aby słonia nie spotkać. My wybraliśmy się do Yala National Park, tam mogliśmy z niewielkiej odległości pooglądać wolno żyjące zwierzęta. (Na temat safari w Yala Park napiszę osobny post). A co jeżeli komuś marzy się kąpiel ze słoniem, karmienie czy choć pogłaskanie i zobaczenie go z bliska? Coraz większą popularność zdobywają parki – ośrodki, chroniące i dbające o słonie. Pierwsza panująca w nich zasada: nie wolno jeździć na słoniach i tej atrakcji tam nie znajdziemy. Każde miejsce, które pozwala na to, aby turysta dosiadł słonia, jest pseudo parkiem, który powstał jako prywatna farma do zarabiania pieniędzy. Miejsca, które chronią zwierzęta, mają zazwyczaj wyższe ceny biletów. Opieka i ochrona zwierząt kosztuje dużo więcej niż pastwienie się nad nimi. W Tajlandii znany jest Elephant Nature Park w Chang Mai. My tam nie byliśmy więc nie będziemy o nim pisać, ale odeślemy do opisu Marysi na blogu: W imieniu tych, co nie mówią oraz na oficjalną stronę parku. Byliśmy za to w Pinnawala Elephant Orphanage, czyli sierocińcu słoni, który mieści się na Sri Lance. To miejsce budzi wiele kontrowersji. Powstało ono w 1975 roku i jego zadaniem była ochrona małych słoniątek, które zostały sierotami. Obecnie w placówce przebywa około 100 słoni, od maluchów po starsze osobniki. Do obu wymienionych ośrodków trafiają słonie chore, ranne lub osierocone czyli takie, które w naturalnym środowisku same nie dadzą sobie same rady. Są też zwierzęta, które stały się ofiarami ludzkiego bestialstwa. W Pinnawali zwierzęta chodzą wolno, ale cały czas w pobliżu są pracownicy fundacji. Pilnują słoni w miejscach, w których mają one kontakt z turystami. Należy uważać na pracowników parku, którzy są dość nachalni i za wszystko chcą dostawać pieniądze. Dwa razy dziennie całe stado słoni idzie nad rzekę na kąpiel. Przechodzą wówczas ciasnymi uliczkami Pinnawali, aby móc spokojnie taplać się w wodzie. To chyba najprzyjemniejszy widok w całym tym ośrodku. Pinnawala Elephant Orphanage W Pinnawala Elephant Orphanage nie było jednak tak do końca beztrosko. Co wzbudziło nasze wątpliwości? Kilka małych słoniątek codziennie karmionych jest mlekiem z butelek (to dodatkowo płatna atrakcja dla turystów). Słoniki są przykute wtedy łańcuchami. Tłumaczone jest to tym, że mały słoń szaleje, kiedy poczuje mleko i aby dzieciaki nie zrobiły sobie ani opiekunom krzywdy są przypięte łańcuchami. Niektóre, dorosłe słonie także mają na nogach łańcuchy. To z kolei tłumaczone jest tym, że są one na tyle dzikie, że mogą stanowić zagrożenie dla ludzi. Niewielka część słoni stała w ogrodzonych boksach. Do tego pracownicy ośrodka mieli przy sobie bull hook – specjalne kije zakończone hakiem. Nie widzieliśmy, aby były one używane, ale ich obecność oznaczała, że prawdopodobnie to dzięki nim słonie są przywoływane do porządku. To jedyne elementy, które wzbudziły nasz niepokój. Tylko tyle czy aż tyle? Pamiętajcie, że takie praktyki spotykane są nie tylko w Azji. W bestialski sposób słonie traktuje się także w Europie. Tresura w cyrkach niewiele różni się od azjatyckich metod Po phajaan. Podobnie tresowane są zwierzęta w cyrkach. Pod tym linkiem można zobaczyć, jak traktowane są słonie w jednym z europejskich… ZOO. INNE ATRAKCJE KTÓRE NALEŻY OMIJAĆ Z DALEKA Na szczęście zamknięto już słynną Tiger Temple w Tajlandii, która to okazała się miejscem bestialskiego wykorzystywania tych kotów. W Internecie znajdziemy setki zdjęć uśmiechniętych i szczęśliwych turystów, którzy tulą do siebie te dzikie zwierzęta i nawet przez myśl im nie przeszło jak to możliwe, że te drapieżniki nawet nie mrugną. Od kilku lat głośno mówiono o tym, że tygrysy w Kanchanaburi są faszerowane narkotykami, ale nie zmniejszało to ilości chętnych, którzy słono płacili za odwiedzenie tego miejsca. Rzeczywistość okazała się dużo gorsza: handel skórami, dziesiątki małych, martwych tygrysów, preparaty robione z ich organów… to wszystko pod egidą świętych i dobrych mnichów. Ja patrzę na swojego kota, którego ciężko jest zmusić do pieszczot i zastanawiam się, jak można być tak ślepym, by uwierzyć w to, że dzikie tygrysy dają się tarmosić jak małe, domowe kotki. Zdjęcia z likwidacji Tiger Temple – żródło Internet TRESOWANE MAŁPKI Tresowane małpki bawią i cieszą? Czy da się wrócić z egzotycznych wakacji bez zdjęcia ze śliczną małpką? Zanim po raz kolejny się uśmiechniesz pomyśl jak to zwierzątko było uczone jazdy na rowerze czy tańca. Tutaj jest podobnie jak ze słoniem, z tym że nad małpką łatwiej zapanować. Wystarczy łańcuch i bat. Każda sztuczka to wiele dni bólu i głodu, bo przy tresurze małp to głód dobrze się sprawdza. Podobno nad prawie 300 makakami (gatunek małpek), które wykorzystywane są w przemyśle turystycznym w różnych miejscach w Tajlandii, codziennie znęcają się ludzie. Pomyśl o tym, kiedy następnym razem na rajskiej plaży podejdzie do Ciebie uśmiechnięty „człowiek” i zapyta, czy chcesz zdjęcie ze słodką małpką. Jasne, że chcesz… tylko ten łańcuch jakoś tak przeszkadza. TAŃCZĄCY WĄŻ Małpki Ci się nie podobają? No to może wąż. Pseudo — fakir wyciągnie go z koszyka, a nawet położy Ci na ramionach. Kolejna wspaniała fotka do albumu z wakacji. Znowu pełen radości nie zdążyłeś się zastanowić, co takiego podaje się temu gadowi, że z dusiciela staje się tak samo żywy, jak wąż do podlewania ogródka? Miły „treser” nie wspomniał o tym, że węże łapane są w swoim naturalnym środowisku, a potem, aby nie narażać turystów, są im wyrywane kły lub blokowane kanały jadowe. Pomyśl o tym, kiedy następnym razem staniesz nad fakirem na placu Dżamaa al-Fina w przepięknym Marrakeszu i spojrzysz w zamglone oczy węża. PŁYWANIE Z DELFINAMI Wybetonowane baseny z delfinami i orkami… wspaniały show, genialne sztuczki i ogromna radość zarówno dzieci jak i dorosłych. Nie zastanowiło Was nigdy, jak te cudowne zwierzęta czują się w ciasnych basenach wypełnionych chlorowaną wodą? Nie ważne jak one się czują, ważne, że my się wspaniale bawimy. Nikt nie myśli o tym, że 50% odłowionych delfinów nie przeżywa okresu adaptacyjnego. Słynny Loro Park na Teneryfie jest miejscem, gdzie delfiny często buntują się i nie chcą występować z treserami. Doszło tam też kiedyś do wypadku, w którym orka zabiła trenera. Popularne na Malcie delfinarium ma wysoko przekroczony poziom hałasu, na który delfiny są wyjątkowo wyczulone. Pływające w nim ssaki często mają widoczne rany i otarcia na skórze. Swego czasu to właśnie maltańskie delfinarium znalazło się na liście 7 najokrutniejszych miejsc dla zwierząt. Pływałam z delfinami raz — na Dominikanie. Zwierzęta znajdowały się w wydzielonym na morzu obszarze. Aby móc z nimi pływać należało ściśle przestrzegać zasad: wziąć przed wejściem do wody prysznic, ściągnąć biżuterię i gumkę do włosów. Zwierzęta można było dotknąć, ale należało omijać okolice oczu i otworu oddechowego. Kategorycznie zabronione było chwytanie płetwy delfina i pływanie za nim. Pokazy były krótkie, delfin brał udział tylko w jednym show, a później spędzał czas w oddzielnym boksie wraz z innymi zwierzętami. Do dzisiaj nie wiem, czy ta atrakcja była etyczna i jak tak naprawdę traktowany były te zwierzęta. Na pewno delfiny czuły się lepiej w słonej wodzie i otwartej przestrzeni niż w wybetonowanym basenie pełnym chloru. Odwiedziłam to miejsce w 2009 roku, próbowałam je teraz odszukać, ale bezskutecznie. W większości reklamowanych ośrodków znajdujących się na Dominikanie panują dużo mniej restrykcyjne zasady. Dzisiaj uważam, że najlepszym sposobem na poznanie tych ssaków jest wybór rejsu: whale watching. Będąc na Teneryfie, zamiast iść do Loro Parku warto wybrać taką atrakcje i wypłynąć w morze aby zobaczyć stada delfinów żyjące na wolności. Podobnie w Egipcie istnieje możliwość aby popłynąć na rafę Dolphin House w okolicy Marsa Alam czy też na wyspę Tiran i tam zobaczyć delfiny w ich naturalnym środowisku. WALKI KOGUTÓW Miesiąc spędzony na Filipinach, w kraju, który słynie z walk kogutów, a my nie poszliśmy zobaczyć filipińskiego sportu narodowego? Widziałam tą “atrakcję” na Dominikanie, choć był to raczej jej zalążek. Właściciel farmy pokazał nam, jak walczą ze sobą koguty. Ku mojej radości bardzo szybko je rozdzielił. Grupka turystów nie była warta tego, aby poświęcać życie tak drogiego ptaka. Nie opowiem wam szczegółów o tym jak wygląda ten sport i takie emocje wyzwala. Jeżeli ktoś ma w tej kwestii wątpliwości polecam odcinek programu „Kobieta na krańcu świata” Martyny Wojciechowskiej lub wpis Krzysztofa Majak. JAK NIE PRZYKŁADAĆ RĘKI DO PRZEMYSŁU TURYSTYCZNEGO, KTÓRY WYKORZYSTUJE ZWIERZĘTA? Wybieraj miejsca, w których zwierzęta żyją w naturalnym środowisku. Ocean zamiast basenu, safari zamiast klatek. Zanim zdecydujesz się na atrakcje w której będzie uczestniczyć zwierzę, poczytaj o niej i o wybranym przez siebie miejscu. Wysłuchaj relacji tych, którzy już tam byli. Staraj się wybrać miejsce, fundacje czy firmę, która walczy o prawa zwierząt i otacza je opieką. Pamiętaj, że wstęp do miejsc, w których dobrze traktuje się zwierzęta jest droższy od atrakcji, w których zwierzęta się wykorzystuje. Nie bądź ignorantem, nie myśl schematami takimi jak ten, że słoń jest silny, więc może nas dźwigać. Nie przechodź obojętne obok agresji i znęcania się nad zwierzętami. Nie myśl, że nie uratujesz świata. Pamiętaj, że im mniejsze zainteresowanie tego typu atrakcjami, tym mniej zwierząt będzie pozyskiwanych do przemysłu turystycznego. To długotrwały proces, ale to my jesteśmy jego początkiem. Zacznij od tego, co bliskie: zastanów się, czy warto iść do cyrku, jak funkcjonują dorożki na krakowskim rynku lub czy konie na trasie do Morskiego Oka nie pracują ponad siły? Ucz dzieci szacunku dla zwierząt. Opowiadaj o przemyśle turystycznym — często nasi znajomi nie zdają sobie sprawy z tego, jak traktowane są zwierzęta. Udostępnij tej post, niech trafi do jak największej ilości osób. EDIT: Z uwagi na fakt, iż niewielka grupa czytelników zamiast podejmować dyskusje na temat ochrony zwierząt i tego jak bestialsko traktowane są w różnych częściach świata, skupia się na moich upodobaniach kulinarnych, usunęłam fragmenty budzące tak ogromne kontrowersje. Nie chcę aby odwracały one uwagę od głównego problemu. Dla niektórych zjedzenie krewetki jest równoważne z zakatowaniem psa czy tresowaniem słonia. Szanuje takie poglądy jednak przykro mi czytać, że zamiast skupić się na problemie i uświadamiać innych, skupiają się tylko na moim talerzu.
Dużo ostatnio pisze się o słoniach w Tajlandii. I słusznie, to bardzo ważny temat, który świadomy turysta powinien choć w minimalnym zakresie zgłębić. Tajlandia pełna jest miejsc, gdzie słonie służą człowiekowi w sposób dla nich nienaturalny i okupiony ogromnym cierpieniem. W sieci można znaleźć wiele informacji o łamaniu ducha słoniom, bo to warunek by je wytresować do zadań, które człowiek im wyznacza. Małe słonie odbierane są matkom bardzo wcześnie, zamykane w ciasnych klatkach i bite, aż staną się obojętne i posłuszne. Żebranie, wożenie turystów po atrakcjach czy w dżungli, malowanie obrazków to tylko niektóre zajęcia, które stają się ich udziałem i z których żyją ich właściciele. Bo często słoń jest jedynym źródłem utrzymania tajskiej rodziny. Turystyka w Tajlandii w dużej mierze łączy się z atrakcjami, w których wykorzystywane są słonie. A one nie są do tego przystosowane w żaden sposób. Więc zanim wsiądziesz na słonia, zastanów się proszę przez chwilę czy naprawdę musisz to robić. Jest wiele innych sposobów by obcować z tymi cudownymi zwierzętami w sposób dla nich najmniej bolesny. Planując naszą podróż po Tajlandii, bardzo chcieliśmy spędzić jeden dzień w towarzystwie słoni. Starannie przejrzałam sieć w poszukiwaniu miejsc, w których słonie traktowane są dobrze, gdzie się na nich nie jeździ, nie malują i nie tańczą, chodzą swobodnie. Oczywiście, pobyt słoni nawet w najlepszych ośrodkach (zwanych sanktuariami), które nie są ich naturalnym środowiskiem, nie jest dla nich najlepszym rozwiązaniem. Pamiętać jednak musimy, że to są słonie, które na wolności nie poradziłyby sobie, bo takiego życia po prostu nie znają. Z dwojga złego, skoro i tak znajdują się w takich ośrodkach, a ich utrzymanie sporo kosztuje, to można w sposób dla nich neutralny spędzić z nimi czas, służąc im w określony sposób. Jednym z takich miejsc wydaje się być Elephant’s World niedaleko Kanchanaburi. W ośrodku znajduje się 26 słoni w różnym wieku i stanie, wszystkie mają za sobą ciężkie doświadczenia w pracy z ludźmi, wiele z nich jest schorowanych. Wolontariusze zajmujący się turystami w tym ośrodku opowiadają historie wielu swoich podopiecznych, pokazują ich urazy powstałe w wyniku służby ludziom. Niektóre mają poszarpane uszy od przedzierania się przez dżunglę z turystami na grzbietach, inne z powodu chłostających ich gałęzi nawet oślepły. Zobaczycie słonie z wklęsłymi grzbietami od ciężkiego stelażu i wożenia turystów i słonie, które zaznały od człowieka tyle złego, że stały się agresywne. Te mają na szyjach czerwone liny, żeby na nie uważać. Wolontariusze opowiadają, że słonie na grzbiecie mogą unieść najwyżej 80 kg, a przecież nosząc ciężki drewniany czy metalowy stelaż i z reguły dwoje turystów, ciężar ten jest znacznie przekroczony, co ma ogromny wpływ na ich zdrowie. Bardzo czułym miejscem na ciele słonia są ich stopy. Słonie wyczuwają drgania z odległości 60 km, a przecież wożą turystów w centrach dużych hałaśliwych miast, co bardzo źle wpływa na ich psychikę. Niestety to człowiek jest przyczyną ich tragicznego losu i nie powinniśmy przykładać do tego naszej ręki. Dlatego jeśli zależy Wam na kontakcie ze słoniem, wybierzcie starannie miejsce, gdzie może się to odbyć w najbardziej humanitarny dla nich sposób. I zawsze sprawdzajcie najnowsze opinie, bo i te mogą się zmienić. Dzień w Elephant’s World rozpoczyna się od zbiórki i podziału na 10-osobowe grupy, do których przydzieleni zostają wolontariusze. My trafiamy pod skrzydła Australijki i Holenderki, a w grupie mamy dwie Kanadyjki i rodzinę z Kolumbii. Na początku wydaje się, że ludzi jest mnóstwo, ale po podziale na grupy nagle wszyscy znikają. Zajęcia są tak zorganizowane, że z innymi grupami spotykamy się ponownie tylko podczas naszego posiłku i na zakończenie dnia. Zaraz potem ma miejsce pierwsze karmienie słoni. W ruch idą warzywa wszelakiej maści, zgodnie z potrzebami i upodobaniami poszczególnych słoni, które mają rozpisane menu na dużej tablicy. Słonie karmione są ze specjalnego drewnianego pomostu, do którego podchodzą i wyciągają trąby po smakołyki. Przy każdym słoniu czuwa jego opiekun. Po karmieniu idziemy nad rzekę obserwować słonie w wodzie, ich zachowania. Wolontariusze opowiadają o próbach nawiązania więzi między słoniami, które tu nie są przecież rodziną, a mają bardzo silne poczucie więzi rodzinnych. Ponoć potrafią rozpoznać zwierzę lub człowieka, który im wyrządził krzywdę, nawet po kilkunastu latach. Podobnie poznają osoby im bliskie. W ośrodku próbują się zaprzyjaźniać, co nie jest dla nich łatwe. Obserwujemy trzy słonie, które ciągle trzymają się razem i starą słonicę, która zaadoptowała młodego, pełnego energii słonia, za którym biega i jest bardzo zmęczona tym „macierzyństwem”. Potem idziemy przygotowywać naszej słonicy posiłek- sticky pumpkin rice, czyli klejący ryż z dynią. Dynia musi być posiekana na drobniutkie kawałeczki, a potem ugotowana z ryżem na bardzo miękko. Nasza słonica nie ma zębów, więc musi otrzymywać papki. Kiedy dorośli kroją dynię, dzieci myją ogórki z pestycydów. Przy stole poznajemy się z naszymi towarzyszami z grupy, a wolontariuszki opowiadają o słoniach, które stoją w pobliskiej lecznicy. Później mieszamy ryż, żeby wystygł, dzieci biorą udział we wszystkich zajęciach. W czasie, gdy ryż stygnie, my idziemy na obiad. Jedzenie jest przepyszne, duży wybór dań i w dużej ilości, naprawdę pycha. Jemy na pomoście, wokół którego słonie spacerują i zażywają kąpieli błotnych. Bawią się jak dzieci, rzucają oponą jak piłką, siłują się i radośnie taplają w błocie 🙂 Po posiłku dzieci dostają gipsowe słoniki do pomalowania, nasze przyszły później więc muszą się spieszyć, bo trzeba iść karmić naszą słonicę tym, co jej przygotowaliśmy 🙂 Po obiedzie oglądamy krótki film o zachowaniach słoni i cechach gatunku, a potem idziemy robić z naszego sticky pumpkin rice duże kule, do których wkładamy witaminy i obtaczamy w jakiejś paszy. A potem karmimy. Słonica, czując zapach ulubionej potrawy, przybiega pod wiatę i tam zostaje nakarmiona 🙂 Po posiłku nadchodzi czas na kąpiel. Opiekunowie wprowadzają słonie do wody, tam są polewane wodą i szczotkami czyszczone z błota. W pewnym momencie słonie nabierają wody w trąby i zaczynają nas polewać. Mieliśmy wejść do wody do wysokości kolan, a skończyło się na przemoczeniu od stóp do głowy i konieczności zmiany ubrania po tej kąpieli. W czasie tego zbiorowego chlapania nasz słoń trąbą- jak pięścią- przetarł sobie oko, do którego dostała się woda. Ten odruch był tak ludzki, że obie z Lenką zamarłyśmy ze wzruszenia 🙂 Po zmianie ubrań nadszedł czas na ostatnie karmienie i pożegnanie ze słoniami. Dzieci dostają swoje pomalowane słoniki i dyplomy opiekuna słoni. Na tym kończy się nasza przygoda ze słoniami. Wiele się nauczyliśmy o tych wspaniałych zwierzętach, a spędzenie z nimi 8 godzin, uczestniczenie w ich zajęciach, na zawsze w nas zostanie. Dziewczynki miały olbrzymią frajdę i z przejęciem opowiadają o tym do dziś, a i dla nas, dorosłych, to było fascynujące doświadczenie. Czujnie obserwowałam wszystko, co się ze słoniami w ośrodku dzieje, ale nic nie wzbudziło moich wątpliwości. Słonie nie były do niczego zmuszane, poza znoszeniem obecności turystów. Ale znowu pamiętajmy, że to już nie są dzikie zwierzęta, które mogą wrócić na wolność. Nie mogą z powodu tego, co zrobił im człowiek. Widząc ile słonie jedzą, rozumiem, że jest to sposób na utrzymanie słoni w ośrodku i zdobycie środków na opiekę nad nimi. Głęboko wierzę, że tak właśnie jest i swoją obecnością tam nie przyłożyliśmy się do trudnego życia tych zniewolonych zwierząt. A Was gorąco zachęcam by spotkanie ze słoniem wyglądało w podobny sposób, a nie na jego grzbiecie. Informacje praktyczne: Dzień w Elephant’s World kosztuje 2500 bht dla dorosłych i 1500 bht dla dzieci. Cena obejmuje transport z dowolnego hotelu w Kanchanaburi w obie strony, wszystkie opisane zajęcia i pyszny obiad oraz wodę, którą dostaje się zaraz po opłaceniu pobytu. Pobyt w ośrodku należy zarezerwować online z wyprzedzeniem, należy zabrać ręcznik i ubrania na zmianę. I tu uwaga praktyczna- zabierzcie ciemne ubrania, bo jasnych do dziś nie mogę doprać. Komarów nie było, większość zajęć odbywa się pod zadaszeniem, więc słońce bardzo nie dopieka. Można wybrać dłuższe opcje pobytu w Elephant’s World. Kanchanaburi to bardzo przyjemne miasto, żałujemy, że byliśmy tam tak krótko. Nie mieliśmy w planach zwiedzania muzeów ani przejażdżki koleją śmierci, przyjechaliśmy tam tylko dla słoni. Dojazd z Bangkoku możliwy jest licznymi autobusami lub busami z Dworca Południowego albo taxi. Z tego co pamiętam, docierają tam również dwa pociągi, ale autobusem jest szybciej. Jeśli będziecie w Kanchanaburi to gorąco polecam restaurację Kan Buri, gdzie jedliśmy najpyszniejsze jedzenie w Tajlandii, a właściciel widząc mój aparat fotograficzny na stole przysiadł się i uciął pogawędkę o fotografowaniu (sam fotografuje zawody sportowe i publikuje zdjęcia w magazynach sportowych). Zatrzymaliśmy się w bardzo dobrym hotelu Kanchanaburi City Hotel , który bardzo polecam. Położony 150 m od mostu na rzece Kwai, można w nim bezpłatnie wypożyczyć rowery, jest przyjemny basen i dobre śniadania. Obsługa bardzo pomocna, załatwiła nam taksówkę, którą chcieliśmy pojechać do wodospadów Erawan, a potem do Bangkoku na nocny pociąg. Podobał Ci się ten wpis? Polub nasz profil na Facebooku.
Słynne przejażdżki na grzebiecie słonia mogą wydawać się ciekawą atrakcją dla turystów. Trzeba jednak mieć świadomość, że za tę krótką rozrywkę podczas wakacji zwierzęta płacą naprawdę wysoką cenę... W Tajlandii żyje ok. 3 000 słoni, z czego prawie 2 700 jest własnością prywatną lub rządową. Zwierzęta te wykorzystywane są przede wszystkim jako atrakcja turystyczna. Biznes, wspierany jest przez organizacje turystyczne, ma jednak swoją ciemną, naprawdę wstrząsającą do turystów: "Nie korzystajcie z przejażdżek na słoniach"Na problem zwrócił niedawno uwagę Geoff Manchester, współzałożyciel agencji podróży Intrepid Travel. Apelował do turystów, aby podczas wizyt w "Kraju Uśmiechów" nie decydowali się na jazdę na słoniach. Manchester twierdzi, że w zaledwie 6 ze 114 miejsc w Tajlandii, w których słonie są wykorzystywane jako atrakcje, zwierzęta te są traktowane we właściwy sposób. - Słonie doznają niezwykłych tortur, są traktowane nieludzko - mówi współzałożyciel Intrepid Travel. Jak się okazuje, wiele zwierząt jest zmuszanym do pracy z ludźmi przez kilkadziesiąt lat. Niektóre z nich trafia później do Elephant Nature Park na północy kraju. Jak powiedział założyciel Parku Lek Chailert, cytowany w "Rzeczpospolitej": - Wiele słoni przybywa do nas wychudzonych, z licznymi ranami na ciele. Ponad 80 procent ma problemy psychiczne, niektóre z nich stoją w miejscu jak zombie, ich oczy są puste. Zobacz także "Złamać ducha", czyli jak słonie stają się atrakcjąIm młodszy słoń, tym łatwiej go złamać i nauczyć pracy dla turystów - taka jest okrutna zasada wykorzystywana przy tresowaniu zwierząt. Małe słoniątka zabierane są od matek w okresie pomiędzy trzecim a szóstym rokiem życia, czasami nawet wcześniej. Następnie są poddawane procesowi nazywanemu phajaan, co najprościej oznacza "łamanie ducha". Zwierzęta są często zamykane w ciasnych skrzyniach, z ograniczoną możliwością ruchu. Co więcej, są nieludzko traktowane - bite i torturowane. Często stosowaną praktyką jest kłucie głowy i przebijanie uszu metalowymi hakami. Bardzo często u dorosłych już słoni widać postrzępione, pełne blizn miejsca na głowie, które są bolesną pamiątką po procesie "łamania ducha".Ale to nie koniec okrutnej prawdy o tresowaniu zwierząt. Podczas phajaan młody słoń nie dostaje niczego do jedzenia czy picia. Co więcej, przywiązywane są do klatek grubymi liniami, które później zastępowane są metalowymi łańcuchami, z których słoń tak naprawdę nigdy się nie uwolni. fot. Shutterstock Zobacz także "Opiekun" słonia, czyli zdobywanie zaufaniaPo wielu tygodniach walki i wycieńczenia zwierzę przestaje stawiać opór. Wtedy też pojawia się opiekun nazywany "mahout". Ta osoba nigdy nie bierze udziału w "łamaniu ducha", bowiem ma być kojarzona przez słonia jako swoisty wybawiciel. "Mahout", po kilkutygodniowych torturach, podaje zwierzęciu jedzenie, wodę i uwalnia go z ciasnej klatki. Słoń postrzega go od tego momentu jako "przyjaciela" i ufa mu już do niestety nie koniec męczarni słonia. Starsze zwierzę bardzo często zostaje pozostawione na krótkich łańcuchach w pełnym słońcu, pozbawione wody przez wiele godzin. Głośno było w tym roku o historii z jednym ze słoni w okolicach Kambodży - zwierzę doznało udaru i zawału serca w wyniku przegrzania i okrutną praktyką, obecnie już nielegalną, było też spacerowanie z małymi słoniątkami po ulicach miast i zbieranie pieniędzy. Wrzucane przez przechodniów "datki" były nagrodą za wykonywanie przez słonia różnych sztuczek. Wydawać by się mogło, że tego typu zachowanie nie jest w żaden sposób nieprzyjemna dla zwierzęcia. Naukowcy dowiedli jednak, że słoń poprzez skórę na stopach odczuwa drgania, wywołane przez przejeżdżające pojazdy, co wywołuje u niego ogromny zatem zdecydujemy się na skorzystanie ze słynnej atrakcji, jaką jest przejażdżka na słoniu, warto zastanowić się, czy naprawdę chcemy być częścią biznesu, który w tak okrutny sposób wykorzystuje zwierzęta...Przeczytaj także:• Zwierzęta zmieniają tryb życia na nocny, bo boją się ludzi• Przyrodnicy alarmują: na całym świecie wymierają płazy• Tajlandia wprowadza ograniczenia dla turystów. Będę wysokie mandaty za łamanie przepisówŹródło:
Od dłuższego czasu chodził mi po głowie tekst dotyczący mojej niedojrzałości. Od dłuższego czasu mimowolnie „potykam” się o artykuły, komentarze, doniesienia o sytuacji i warunkach słoni w ośrodkach turystycznych gdzieś daleko w Azji Południowo-Wschodniej, gdzie każdy przybysz może wykupić sobie romantyczną przejażdżkę na słoniu w dżungli. Jednym z moich celów ostatniego wyjazdu do Tajlandii-Kambodży była chęć pokazania Nadii prawdziwego i żywego słonia. Wtedy pomyślałem sobie, że jazda na słoniu to będzie super atrakcja dla półtorarocznej dziewczynki, gdyż zna to zwierzę od urodzenia, ponieważ jedną ze ścian w jej pokoju zdobi niebieski „PU”, co w narzeczu Nadii oznacza słonia, a która jest codziennie podziwiana. Wtedy tak myślałem, a teraz mam kaca, oj wielki jest to zapyta: „Ale o co chodzi?” Przecież przywieźliście wspaniałe wspomnienia, przecież macie fajne zdjęcie na grzebiecie pięknego słonia, przecież opowiadaliście jak to przyjemnie minął wam dzień. To wszystko prawda – nam dzień minął wspaniale, a co może powiedzieć ten słoń, na którym jechaliśmy pośród egzotycznego lasu? Czy on też był zadowolony? Jednak trzeba zacząć od początku, bo sam już się w tym trochę pogubiłem. Będąc pierwszy raz w Tajlandii w 2007 roku poszliśmy na trzydniowy trekking w góry, na północy kraju w okolicach Chiang Mai. Jednym z przystanków na trasie były odwiedziny specjalnego obozu dla słoni, gdzie mogliśmy podziwiać te wspaniałe zwierzęta, a także wsiąść na ich grzbiet i pojechać w dżunglę. Będąc pierwszy raz w Azji byliśmy przeszczęśliwi, że możemy doświadczać takich atrakcji. Nasz przewodnik opowiadał jak to miejsce bardzo dba o swoje słonie, które zostały uratowane przed przymusową i ciężką pracą w dżungli przy wyrąbie drzew. Wyjaśniał jak dużo jedzenia muszą dla nich przygotowywać każdego dnia, jak to codziennie myją zwierzęta w rzece i podają smakołyki, że traktują swoich podopiecznych podobnie jak członków swoich słonie wyglądały na bardzo zadbane, czyste, zadowolone bez jakiegokolwiek ran. Podczas przejażdżki nie było żadnych krzyków, bicia zwierząt czy ranienia, wręcz przeciwnie przewodnik kierowca często głaskał, przytulał, karmił, takie słoniowe pieszczoty. Delikatne ruchy piętą za uchem sterowały słoniem. Wszystko brzmiało bardzo prawdziwie, a my byliśmy zadowoleni, że dzięki naszym pieniądzom zwierzęta są dobrze traktowane i karmione, czyli dobry uczynek. Po powrocie z wyjazdu dostałem od paru osób wiadomości mówiące o tym, że przyczyniłem się do haniebnego procederu męczenia zwierząt w Tajlandii. Jak to ja? Przecież jeszcze kilkanaście lat temu biegałem z ulotkami uświadamiającymi ludzi, jakie zło wyrządza cyrk, w którym można oglądać popisy zwierząt, że to istne obozy tortur itd., a teraz sam miałbym przyłożyć rękę do męczenia słoni?Nie, to niemożliwe. Na pewno w innych obozach dzieją się niedobre rzeczy, bo przecież w tym, który odwiedziłemwszystko było w porządku. Przecież przed wyborem, sprawdziłem agencję turystyczną, gdzie kupowaliśmy trekking. To na pewno, gdzieś indziej. Sumienie trochę czasu. Chciałem pokazać małej Nadii prawdziwego słonia, więc pojechaliśmy do Tajlandii. Chciałem, aby dotknęła zwierzęcia swoimi drobnymi rączkami, aby go pogłaskała, aby wsiadła na jego ogromny grzbiet i się na nim przejechała. Czy chciałem zbyt dużo?Kilka dni temu trafiłem na tekst Katarzyny Boni, który stał się katalizatorem do tego, aby przelać na papier to co siedziało w mojej głowie. Pogubiłem się w moich rozważaniach. Nie wiem jak to jest. Świat nigdy nie jest czarno-biały, a ma całą paletę odcieni szarości. Pierwotnie przed napisaniem tego tekstu chciałem poszukać więcej informacji na temat jazdy na słoniu, jednak odpuściłem. Po przeczytaniu artykułu nie miałem ochoty uruchamiać zamieszczonych w nim filmików, powiem więcej nie miałem dość odwagi w sobie, aby przycisnąć Play. Głównie chyba dlatego, że bałem się tego, co mogę tam zobaczyć, że może moje poprzednie tłumaczenia od tego momentu wydadzą się tak banalnie naiwne, że aż jest pewne – mam ogromne poczucie dyskomfortu, że pomimo, że wydawało mi się, że jestem w miarę świadomą osobą, to jednak pozwoliłem sobie na jazdę na słoniu. Nawet jeżeli przyjmę, że proceder męczenia słoni występuje tylko w niektórych ośrodkach (mam cichą nadzieję, że to tylko znikomy odsetek i że w tych obozach, z których korzystałem to się nie dzieje), tam, gdzie nie byłem, to zaraz w głowie pojawiają się pytania: Jak słoń, na którym jechałeś został nauczony wożenia turystów? Sam się nauczył? Czy tresura opierała się na ogromnej więzi ufnego zwierzęcia i jego wieloletniego opiekuna i był to dobrowolny, powolny proces czy była to droga przez mękę – bicie, tresura i zastraszanie ogniem i prądem? Niestety nie potrafię z czystym sumieniem na nie dołożymy do tego fakt, że pomimo, że słoń to kilkutonowe, wielkie zwierzę, które dysponuje ogromną siłą to jednak jego kręgosłup kompletnie nie nadaje się do wożenia na swoim grzbiecie turystów, to mój kac jest jeszcze większy. W dzisiejszych czasach nie możemy być niczego pewni, jednak warto abyśmy byli przynajmniej świadomi pewnych zachowań i szlagier w postaci cytatu „Take only memories, leave nothing but footprints” jest tak bardzo prawdziwy i ponadczasowy. Następnym razem, a na pewno jeszcze nie jeden raz, będziemy chcieli podziwiać te wspaniałe zwierzęta, nie skorzystamy z opcji jazda na słoniu. Nadia będzie mądrzejsza od swojego tatusia i wybierze takie miejsce, gdzie nie ma opcji jazdy, gdzie zwierzęta można obserwować, karmić, kąpać w rzece – wystarczy poczytać i poszukać. Tego też życzę wszystkim czytającym – mądrych wyborów, za które później nie będziemy musieli się Nasz wyjazd „Tajlandia i Kambodża z maluchem u boku” odbył się w terminie – roku. Łukasz Kędzierski - etatowy miłośnik podróży z plecakiem i aparatem. Nieustannie patrzy na świat przez wizjer aparatu, aby uchwycić piękno otaczającego nas świata. Zafascynowany Azją Południowo-Wschodnią, którą nie może się nacieszyć i dlatego ciągle tam wraca. Wspinaczka, buldering, jaskinie, kanioning oraz nurkowanie często przewijają się przez jego wyjazdy. Pokazuje, że można podróżować z małym dzieckiem, bo to nic trudnego - wystarczy chcieć ->
jazda na słoniu tajlandia